Sesja dla studia tatuażu – Dead Body Tattoo we Włocławku
Strefa śmierci w WCK
Posted in Uncategorized on 23/11/2011 by urg23WPPM
Posted in Uncategorized on 27/10/2011 by urg23długo. za długo. 7 miesięcy przerwy. mało. za mało. 2 godziny przemykania nawet nie chyłkiem i bez strachu. dobrze.
była baza transportowa zakładów mięsnych, potem jakiś magazyn poczty polskiej. mało fantów ale ciekawa hala / warsztat dla ciężarówek z przeszklonym dachem.
Wystawa ‘strefa śmierci’ czarnobyl/prypeć 2011
Posted in Uncategorized on 23/09/2011 by urg23Projekt ludzki cz.2
Posted in Uncategorized on 27/07/2011 by urg23Ciąg dalszy niebezpiecznych wycieczek na obrzeża fotografii.
projekt ludzki
Posted in Uncategorized on 15/06/2011 by urg23kontynuacja. pójdę w mroczną medyczność lub gdzie indziej





STREFA 2011
Posted in Uncategorized on 15/04/2011 by urg23MARTWA STREFA / DEAD ZONE
Zamknięta strefa okiem urga.
Radiofobia
Jadąc do zamkniętej strefy wokół Elektrowni w Czarnobylu przez miesiąc oglądałem filmy „Bitwa o Czarnobyl”, „Radiofobia”, „Godzina Zero”, „Czarnobyl – powrót natury”; czytałem publikacje w internecie, opisy wypraw, książki. Przeglądałem fora, słowem starałem się; od momentu gdy wiedziałem że jadę; zdobyć jak najwięcej informacji o tym niezwykłym miejscu. Promieniowanie po awarii 26 kwietnia 1986 roku obecnie nie jest groźne dla człowieka, jeśli przestrzega się podstawowych zasad – znanych wszystkim, którzy zajmują się urban exploration. Dodatkowe reguły takie jak unikanie mchu, nie dotykanie elementów metalowych redukuje do zera ryzyko. Pamiętajmy, że w strefie codziennie pracuje kilka tysięcy ludzi, zarówno w samej elektrowni jak i w jej obrębie. Zajmują się usuwaniem radioaktywnych odpadów, demontują elektrownię, której ostatni reaktor został wygaszony 10 lat temu, budują kopułę która zabezpieczy demontaż sarkofagu i zniszczonego reaktora czwartego. W strefie obowiązuje wiele zabezpieczeń – kilkakrotne kontrole dokumentów przy wjeździe do poszczególnych rejonów. Przy opuszczaniu strefy kilka razy sprawdzany jest stopień napromieniowania na bramkach dozymetrycznych. Nie wykryły większego od dopuszczalnego napromieniowania. Na szczęście pogoda – wilgotne powietrze i częste opady deszczu przez te kilka dni pobytu dodatkowo zabezpieczyły drogi oddechowe – wiatr nie podnosił pyłu z pomieszczeń, budynków i ulic opuszczonego miasta – Prypeć czy wioski Czarnobyl.
Ukraina
Stepy. Niekończące się przestrzenie. I to najdokładniej opisuje 1000km które przejechałem ukraińskimi drogami. Rzadko rozrzucone miasteczka i wsie. Kiepskie drogi. Wsie bez prądu z domkami sprzed 100 lat. Blokowiska kołchozów. I stepy, stepy po horyzont ciągnące się dziesiątkami i setkami kilometrów wokół drogi.
Sławutycz
Niewielkie 20 tysięczne miasto-sypialnia dla pracowników Czarnobylskiej Elektrowni Atomowej powstało 25 lat temu dla przesiedleńców z Prypeci. Jest to największe skupisko rodzin ewakuowanych po awarii Reaktora 4. Blokowisko wbrew pozorom jest miłym miejscem, dzięki ludziom którzy tam mieszkają. Nie lubią gdy się ich fotografuje, może dlatego, że czują się jak małpy w klatce które ogląda się w zoo. Strefa jest dla nich miejscem pracy więc dziwią się po co ktoś przyjeżdża tysiące kilometrów żeby zobaczyć to co oni widzą na co dzień. Na placu centralnym miasta znajduje się pomnik upamiętniający pierwsze 30 osób, które zmarły na skutek katastrofy. Sławutycz ma duży przyrost naturalny stąd na ulicach i placach zabaw bardzo dużo dzieci i młodzieży. Ludzie pracujący w strefie nie należą do bogatych. Stan ich mieszkań przypomina lata 90te w Polsce. Pomimo tego lepiej czułem się w niewielkim Sławutyczu niż w pełnym kontrastów Kijowie gdzie bogactwo i skrajna bieda przyjmują wyrazistą postać.
Reaktor 4
Do strefy ze Slawutycza jedziemy kolejką transgraniczną. Pociąg nie zatrzymuje się na żadnych stacjach przecinając swym torem obszar Białorusi. W 40 minut dociera do stacji Semichody. Z pociągu daje się wysiąść tylko na peron, automatyczne drzwi są nie tylko w wagonach ale i na zabudowanym peronie. Stąd jeszcze kilkaset metrów korytarzami, kontrola dokumentów i juz siedzimy w autobusie. Stary trup ledwo jedzie, dowozi nas do wymarłej wioski Kopaczi. Domy zostały zburzone i zakopane pod ziemia. Tylko tablica wjazdowa informuje ze kiedyś żyli tu ludzie. Jedziemy dalej pod słynny betonowy napis Prypeć 1970. Miasto żyło tylko 16 lat. Po katastrofie, wysiedlone i opuszczone przez kilka miesięcy służyło za sypialnie likwidatorom skutków awarii i budowniczym sarkofagu. Opuszczone umarło. Ma chwilę zatrzymujemy się na „moście śmierci” gdzie w nocy ludzie obserwujący kolorowy pióropusz dziwnego ognia z bloku czwartego przyjęli tak wysoką dawkę rentgenów że wkrótce umarli na chorobę popromienną. Jeszcze jedna kontrola i jesteśmy w Prypeci, mieście duchów.
Strefa
Pogoda, fenomenalna na zdjęcia, nas nie rozpieszcza. Huraganowy wiatr, słońce przebijające się przez ołowiane chmury i deszcz co kilkanaście minut. Wszystko odpycha ludzi od tego miejsca. Jedziemy aleją Lenina, jedyną dwujezdniową droga w mieście. Teraz przypomina polną drogę, zarośnięta z lejami w niknącym pod błotem asfalcie. Wjeżdżamy na plac centralny. Okazały dom kultury „Energetyk” i hotel „Polesie” patrzą na intruzów wybitymi oczodołami okien. Jeszcze raz do znudzenia słuchamy instrukcji bezpieczeństwa – unikać mchu, nie dotykać rękoma metalowych przedmiotów, płukać usta przed piciem wody z butelek. Mamy kilka godzin, biegnę do szpitala, przewodnik pyta czy znam miasto. Dziesiątki godzin spędzonych nad mapami, pozwalają z zamkniętymi oczami określać rozmieszczenie budynków. Uśmiecham się znacząco, mój towarzysz z którym kilkakrotnie chodziłem po polskich fabrykach – Marek, mówi że jest trzeci raz w Prypeci. To kończy dyskusję. Biegniemy sami. Najpierw przystań i kawiarnia „Prypeć” z fantastycznymi, kolorowymi witrażami, porozrzucane po drodze maski gazowe przypominają gdzie jesteśmy, to nie zwykły urbex tylko eksplorowanie martwego miasta, opuszczonego po zagładzie nuklearnej. Drżą mi ręce, ze strachu i podniecenia. Warto jechać ponad 20 godzin, 1200km od domu. Warto kolekcjonować takie doznania. Kilka strzałów w kawiarni i już biegniemy do pobliskiego szpitala. Jest ogromny, kilka czterokondygnacyjnych budynków. Nie wystarczy czasu zobaczyć wszystkie pomieszczenia. Rozchodzimy się. Skupiam się na salach operacyjnych, salach chorych, kuchni szpitalnej. Wszędzie rozkład, tynk z sufitu zmieszany z wodą powoduje śliską, niebezpieczną maź pod nogami. Rozbite próbówki, jakieś laboratorium. Wchodzę wyżej, porzucone łóżka, fotele ginekologiczne, autoklawy. W jednym z pomieszczeń stos opatrunków i bandaży. Boję się. Jeśli szpital kojarzy się z chorobami to szpital w Prypeci przesiąknięty jest śmiercią, zagładą. Z sufitu zwisają lampy na resztkach przewodów zasilających, poruszane wiatrem tańczą w groteskowych spazmach. Nawołujemy się nawzajem, biegniemy do oddziału położniczego. Fotele ginekologiczne i niewielkie łóżeczka dla noworodków panicznie porozrzucane w salach przerażają. Miasto Prypeć miało największy przyrost naturalny w Związku Radzieckim. Oaza dla socjalistycznego społeczeństwa, dobra praca i nadzwyczaj dobre warunki mieszkaniowe i socjalne przyciągały wiele osób. Oaza śmierci. Milkniemy. W ciszy słychać tylko nasze kroki i trzask migawek. Nastawiony budzik na godzinę powrotu brzmi tak nierealnie, tak idiotycznie że zamieramy na chwilę usiłując powrócić do rzeczywistości, wymazać obrazy apokalipsy która mamy na wyciagnięcie ręki. Zbiegamy z piętra, jeszcze jeden kadr, jeszcze raz poprawić ekspozycję. Czas jest nieubłagany, a tyle jeszcze chcemy zobaczyć. Dziś tylko kilka godzin w mieście duchów, jutro będziemy mieli więcej czasu. Biegniemy w kierunku strefowego autobusu. Z oddali słychać juz klakson zwołujący nasza grupę. Jeszcze nie, jeszcze chwila. Razem z wiatrem przetaczamy się przez dom kultury, natykamy się na „standardowy” kadr wszystkich którzy przyjeżdżają w to miejsce – diabelskie koło w parku rozrywki, elektryczne samochodziki i karuzelę. Raj dla dzieci. W jednej chwili zamieniony w rozkładający się, martwy trup miasta. Jeszcze sklep obuwniczy po drodze. Niczym likwidatorzy, zdyszani dopadamy do autobusu. W planie jeszcze Burakówka – mogilnik gdzie składowane są pojazdy likwidatorów skutków awarii. Nie wpuszczają nas. Pomimo tego że mięliśmy w umowie 7 minutowe fotografowanie helikopterów, autobusów, spychaczy, maszyn budowlanych, ciężarówek. – Nie nada, radiacja! Akurat dziś zwożona jest ściółka leśna i ziemia. Poziom promieniowania składowiska jest podwyższony. Wracamy do elektrowni. Kontrole, dozymetry, otępiająca podróż pociągiem powrotnym do Sławutycza. Kontrast żywego miasta z obrazami które widzieliśmy jeszcze godzinę temu jest potworny. Upijamy się, rozmawiając do późna. Jutro mamy obiecany cały dzień w strefie na fotografowanie. Maksymalnie ile się da. Układamy kilka wariantów planu. W myślach wyliczamy co do sekundy czas przejścia pomiędzy budynkami, czas jaki spędzimy w budynkach, czas powrotu do autobusu. Nie oglądam zrobionych zdjęć, mam je przed oczami.
Pobudka, bolą mnie wszystkie mięśnie. Całe ciało krzyczy – spać! Nic z tego, za 1,5 godziny odjeżdża pociąg do strefy. Rezygnujemy ze śniadania w restauracji, żeby tylko dospać te kilka minut. Lokalną taksówką pędzimy na dworzec, reszta grupy wygląda równie zmęczona jak my. Jedziemy. Dookoła torów rozpościerają się kilometry bagien. Ukraińcy czytają gazety, rozmawiają, śmieją się. Obok mnie kobieta pyta skąd jesteśmy. Z Polski. Błysk w jej oku. Opowiada, że jej matka była Polką. Uśmiechamy się. Dojeżdżamy do elektrowni. Ten sam korowód sprawdzania pozwoleń, paszportów. Milicjant liczy ilu nas wjeżdża do strefy. Na koniec dnia odliczy nas ponownie. Znów w Prypeci. Tym razem robię zdjęcie budki kontrolnej przy wjeździe do miasta. Pogoda jeszcze gorsza niż wczoraj. Wiatr szaleje ze zdwojoną siła. Okna w blokach miasta trzaskają zaciekle. Pękają szyby. Przewodnik ostrzega, żebyśmy nie chodzili wzdłuż budynków. Przy takim wietrze często okna wypadają, a bloki w Prypeci potrafią mieć dwanaście, szesnaście pięter. Wybiegamy z autobusu. Na pierwszy ogień szkoła muzyczna – pamiętam kadr który poruszył mnie kilka lat temu – fortepian na scenie w zrujnowanej sali koncertowej. Jest! Jeszcze kilka kadrów z pomieszczeń i dalej do hotelu „Polesie”. Po drodze budynek partii – centrum administracyjne miasta z jakże dziś wymownym symbolem radioaktywności w logo. Szybko wbiegamy jeszcze do teatru w domu kultury. Groteskowe, wielkości kilku metrów portrety socjalistycznych oficjeli gniją razem z dekoracjami z dziecięcych bajek. Baterie reflektorów w ciemnej sali teatralnej chwieją się przy szalejącym wietrze i uderzeniach deszczu o ziejący otworami dach. Podłoga w urzędzie pocztowym całkowicie zasłana widokówkami, formularzami telegramów, książkami telefonicznymi. Ozdobne malowidło z kosmonautą i kobietą. „Poczta wsiech wriemieni i narodow” Bajka internacjonalizmu i komunistycznego porządku. Absurdalne w powodzi rozkładających się pocztówek. W pomieszczeniu rozmównicy puste kabiny trwają w oczekiwaniu na ludzkie głosy. Nigdy nikt się stąd nie połączy. Biegniemy w deszczu wzdłuż szkoły średniej – technikum, Nie mamy czasu na odwiedziny – cel – klinika dziecięca. Przypominająca oddział położniczy z wczoraj odwiedzonego szpitala. Pierwsze obrazy z rosyjskich bajek malowane na ścianach sal w których leżały dzieci. Wyblakłe ślady ludzkości. Spotykamy lalki i zabawki rozrzucone na podłodze. Tak juz będzie do końca. Spotkamy je masowo złożone w przedszkolach. Dalej, dalej, gonitwa z czasem jaki nam został do końca. Na zniszczonej ulicy spotykamy patrol. Wolimy unikać milicjantów w strefie zwłaszcza, że mieliśmy poruszać się w większych grupach z przewodnikiem. Przedzieramy się przez gęstwinę gałęzi do największej w mieście szkoły. Trzy kwadratowe budynki z dziedzińcami tworzą labirynt rozkładu w którym skutecznie się gubimy. Odnajdujemy wejście przez kuchnie. W szkolnej stołówce zamieram. Wiedziałem że je znajdę. Ale co innego wiedzieć, co innego widzieć. Setki małych masek przeciwgazowych. Podłoga usłana jest dywanem zgniłej gumy, okulary w maskach patrzą martwo w pustkę. Nie możemy oderwać od nich wzroku. Zagłada, zagłada; bezustannie obija się w myślach. W klasach stosy książek, ławek, przyborów szkolnych. Plakaty żołnierzy, kosmonautów, inżynierów budujących lepszy socjalistyczny świat. Świat który gnije, spazmatycznie wyszczerzony w martwej ciszy. Rozkłada się w apokaliptycznym transie. Chodzimy po szkole. Siadam w ławce wsłuchując się w nieistniejący gwar. W dzwonki lekcyjne. W śmiechy i trwogę podczas ewakuacji. Wychodzimy, przed nami droga do przedszkola. Nie możemy przebić się przez kikuty martwych, zimowych krzaków. Nie znajdujemy głównego wejścia. Znów wchodzimy przez kuchnie. Niewielkie sale do leżakowania po obiedzie, szafki na dziecięce ubrania. Stosy zabawek, masek gazowych, lalek. Coraz bardziej przygnębiony. Coraz bardziej zastyga mi grymas na twarzy. Zszokowania. Z przedszkoli najbardziej bije rozpacz, dramat tamtych dni. Rozdarte zabawki, zakurzone, porzucone martwe plastikowe mięso dzieciństwa. I buty. Dziecięce buciki porozrzucane w pomieszczeniach. Wychodzimy odsapnąć. Duszna atmosfera panuje w przedszkolach. Komisariat. Po fotografiach biur zamykam się w celi na kilka minut. Ciemno. Przez wywiercone w blaszanym oknie dziury sączy się zimne trupie światło. Migawka na 30s, za mało. Podkręcam ISO. Ilu tu siedziało? Ilu wyło gwałconych w ciemnościach. Wychodzę za komisariat. Małe składowisko pojazdów likwidatorów. W ustach czuję metaliczny posmak, może to tylko odwodnienie. Wolę jednak biegać szybko pomiędzy wrakami ciężarówek, spychaczy, koparek. Nasila się deszcz, chronimy się w kolejnym przedszkolu. Odosobnione, mniejsze od pozostałych jest rzadziej odwiedzane, bardziej zgniłe. Podłoga tonie w złuszczonej farbie. Rozrzucone klocki wrosły w wykładzinę na potrzaskanej podłodze. Zabawki układane latami przez fotografujących Strefę tu jakby mniej przesuwane. Wciśnięte w ciemne kąty, bez głów. Nagi zagrzybiony plastik. Spoglądam na zegarek, zostały dwie godziny do opuszczenia miasta. I wtedy znajdujemy rzadko odwiedzane miejsce – fabrykę inna niż znany Jupiter – przy wejściu cofamy się przerażeni. Odór chemikalii jest tak silny że ciężko oddychać, wolę nie palić. Szybkie strzały na parterze i bieg na piętro. Szczypią oczy. Olbrzymie pomieszczenia z otchłanią chłodni. Dziwne poskręcane resztki maszyn. Wszechobecne wanny, zlewy, krany. Jakby pracownicy mieli wieczną egzemę i parchy na skórze i wciąż bez końca musieli zmywać z siebie toksyczne, obrzydliwe ścierwo przy którym spędzają całe godziny. Mamy czas na ostatnie przedszkole. Duże dwuskrzydłowe. Podwójne, piętrowe łóżeczka różnią się od tych spotykanych wcześniej. Marek wpada po pas w przegniłą podłogę. Cudem nie rozbija obiektywu o stojący kredens. To nam przypomina gdzie jesteśmy. W szaleńczej pogoni za kadrami łatwo o tragedię. Całe miasto zionie dziurami po studzienkach kanalizacyjnych. Wypadają okna z bloków. Podłogi na parterze w szkołach i przedszkolach są drewniane, przegniłe. Co chwila wyjmuję z butów gwoździe i szkło. Na dachu znajduję metalowy zaprzęg zabawkowych koni. Takich absurdalnych widoków jest całe miasto. Kończymy wędrówkę po Prypeci – mieście duchów. Jeszcze spacer aleją Lenina, Jeszcze jeden sklep, jeszcze salon meblowy i koniec. W powrotnej drodze pociągiem nie odzywamy się patrzymy na Ukraińców jak na marionetki, dziwne pulsujące życiem skorupy.
Kijów
W drodze do Kijowa strzelam z AK47 i karabinu SWD Dragunowa. Huk potworny. Karabin chce wyrwać obojczyk a luneta wybić oko. Weryfikuje marzenia z dzieciństwa o zostaniu snajperem. Kijów. Sześciomilionowy strup metropolii rozciągnięty na wzgórzach nad Dnieprem. Skrajna bieda, slumsy i ociekające złotem dzielnice. Samochody za kilkaset tysięcy dolarów zaparkowane obok trzydziestoletnich wołg i moskwiczy. Drogie dziwki i żebracy. Duchowni i milicjanci. Ruiny w centrum i kilkudziesięciopiętrowe wieżowce hoteli. Zabytki i parki. Smród metra i świeże, mroźne powietrze na skarpach nad Dnieprem.
Powrót
Nieprzyjemna, ogłupiająca 30 godzinna podróż do Polski. Z debilem polskim celnikiem który trzyma autobus 6h na granicy. Dodatkowe 3h na zawszawionym, parszywym dworcu w Warszawie. Jakaś część mnie na zawsze pozostanie w martwej, gnijącej strefie.
HSO
Posted in Uncategorized on 07/03/2011 by urg23huta. w dodatku huta szkła. mały obszar jak na taki zakład, zbudowany w dwóch połączonych, prostopadle położonych budynkach. wyprawa ciekawa, zwłaszcza, że w okresie zimowym jedna z niewielu. postrzępione betonowe poziomy hal, połączenia klatkami schodowymi. ogromna kilkukondygnacyjna hala pieca hutniczego. duża ilość fantów: telefony, klawiatura komputera, telewizor…
wszystko to nic. to dodatki, przyprawy w gęstej zupie egzotycznych kształtów. fabryka wita kakofonią dźwięków. jest wichura, jedna z większych tej zimy. z -5 stopni odczuwam -30. zamarza płyn w oku. nic to, koncert przegniłych blach, tak głośny, że nikt z zewnątrz nie usłyszałby dużej grupy drącej się w szaleńczym wrzasku. nie można zamienić słowa trzeba krzyczeć. upiorne dźwięki towarzyszą przez całą wizytę. beton wibruje od natłoku mas powietrza.
FPW
Posted in Uncategorized on 18/01/2011 by urg23miał to być plener dla grupy fotografisci.pl wyszedł z tego gruby urbex. dwutygodniowe załatwianie pozwolenia na wejście opłaciło się. fabryka nieczynna od 2006 roku stanowi łakomy kąsek kadrów. aura nie sprzyjała wyjściu z domu, mróz, rankiem blisko -20 skutecznie odstraszyła współfotografujących, zamiecie uniemożliwiły dojazd. dzięki przemiłej pani alicji poznałem wszystkie zakamarki fabryki jeszcze kilka lat temu produkującej duże ilości wyrobów porcelanowych.
po szybkim obchodzie całego zakładu zostałem sam. milknące w oddali kroki pani przewodnik były jedynym znakiem, że świat wokół jest rzeczywisty. tysiące form układanych w stosy były obecne w każdym miejscu. w każdym pokoju, korytarzu, na każdym parapecie. rzędy zakurzonych młynów do kaolnitu lśniły tłustymi plamami oleju. cała część przygotowania masy była pokryta kilkucentymetrową szaro-białą powłoką. zmrożony, martwy rejon dodatkowo wyobcowany mrozem. część pomieszczeń była w stanie jakby wczoraj opuścił je ostatni pracownik.
niedopita kawa, zwiędłe paprotki, kalendarze kończące się na 2006 roku. niedawno. czas nie zdążył malowniczo rozerwać tkanek ścian, zgnilizna i łuszczyca dopiero nieśmiało zaznaczała swoją obecność. najbardziej zrujnowane były budynki pomocnicze – gazogenerator, rampa, garaż kolejowy. dzięki stałej ochronie fabryki od czasu zamknięcia, złomiarze nie poczynili dużych spustoszeń.
pamiętacie Wielkie W? FPW sprawiało podobne wrażenie, tyle że fabryka nie poszła w pionowe budynki a prawie w całości jest parterowa. technologia produkcji porcelany wymaga wysokiej temperatury – łatwiej ją zachować w parterowych, stosunkowo niskich halach. bezkresne hale na których stały piece połączono długimi ciemnymi korytarzami, godzinami można przechadzać się pod dachem, nie wychodząc na zewnątrz.
w ciemnych dusznych korytarzach przyklejonych do olbrzymich, pustych przestrzeni znalazło się miejsce na laboratoria – pełne odczynników, słojów, probówek, urządzeń, mierników i całego niezdrowego szpeju. w szufladach leżą narzedzia odłożone przez ostatnich laborantów, może po ostatniej wykonanej analizie.
przy 20 stopniach mrozu, kilkakrotnie jeszcze odwiedzałem biuro pani alicji – pozostałość lepszych czasów, ogrzewane skromną farelką. i tak po wszystkim byłem przeziębiony ale może uchroniło mnie to od zapalenia płuc. kto wie.
dla ‘potomnych’ udało się uratować kroniki zdjęciowe – budowy zakładów z lat 60-tych i rozbudowy w latach 80-tych oraz zbiór zdjęć z zakładowej gazetki.






























































































